Pierwsza trójka w lidze, piątka z Sabonisem i Petroviciem, czyli poznajcie Stanisława Kiełbika

Człowiek, który zapoczątkował rzucanie za trzy w Polsce, a także zawodnik, który znalazł się u boku Drazena Petrovicia i Arvydasa Sabonisa. 

Panie Stanisławie podobno pierwszy w Polsce trafił pan za trzy punkty. To prawda?

Stanisław Kiełbik: No tak do dzisiaj krążą tak ciekawe historie – kto, gdzie i kiedy trafił tą pierwszą trójkę. Dziennikarze dociekają kto faktycznie po raz pierwszy trafił do kosza zza linii 6,25. Mocno w całą akcję zaangażował się Jacek Łączyński, który twierdzi, że to jego trójka była pierwsza. Ja stoję z boku całej tej historii. Przypominam sobie ten mecz, w którym wprowadzono linię rzutów za trzy punkty. Graliśmy wtedy w Krakowie z Hutnikiem. Pamiętam również, że mecz się rozpoczął godzinę wcześniej niż pozostałe. Mecze przeważnie odbywały się wtedy o 17, a my zaczęliśmy o 16. W tym meczu trafiłem trójkę – to pewne i najprawdopodobniej to właśnie ja byłem autorem pierwszego takiego rzutu w Polsce, ale to już trochę lat minęło i nie dam sobie ręki uciąć. Może był jeszcze wcześniej jakiś mecz, ale nie chce mi się za bardzo w to wierzyć. Powiedzmy, że byłem blisko (śmiech).

To była dla Was zupełna nowość jak pojawiła się ówczesna linia 6,25 (dzisiaj 6,75)?

– Tak. Ten pierwszy sezon z linią za trzy był w ogóle ciekawy, bo podchodziliśmy trochę do tego tematu jak do jeża. Nie wiadomo był jak to ugryźć. Wcześniej cały czas rzucaliśmy z dalekiego dystansu, ale nie było to zaznaczone linią. Za czasów trenera Kuchara, który zdobył z nami w Wałbrzychu pierwszy srebrny medal mieliśmy w składzie Jacka Bukiela ze Zgorzelca, który strzelał z dystansu jak szalony. Wtedy to były jeszcze dwójki, ale gdyby liczyć te rzuty jako trzypunktowe to na pewno zdobywalibyśmy znacznie więcej punktów w meczach. Nie było jednak tej linii. Dlatego ten pierwszy sezon spowodował, że wszystkie zespoły delikatnie podchodziły do tematu. Trochę się baliśmy i nie wiedzieliśmy do końca jak się z tym obchodzi, ale z czasem zaczęło się ustawianie zagrywek pod trójki i samo się to rozpędziło.

Wielu trenerów podkreśla, że cechował pana ogromny talent rzutowy. To było coś, co wyróżniało pana spośród innych zawodników. 

– Ta łatka talentu rzutowego przypięła się do mnie już w wieku juniora. Zaczynając karierę w Górniku Wałbrzych od młodzika i przechodząc przez kolejne szczeble to praktycznie cały czas wyróżniałem się tym, że dużo rzucałem. Byłem takim egzekutorem. Często się zdarzało, że rzucałem po 50-60 punktów. To były też inne czasy, ale punkty trzeba było umieć rzucać. Zdarzyło się, że nawet w mistrzostwach Polski juniorów zostałem królem strzelców, a w meczu finałowym rzuciłem ponad 40 punktów czyli się to potwierdziło. Nie mieliśmy zespołu na pierwsze miejsce, ale potrafiliśmy sobie uporządkować grę i wygraliśmy. Ten talent rzutowy na pewno był, ale przechodząc do seniorów i trafiając pod trenerów Rytkę czy Kuchara zostałem bardziej przestawiony na kreowanie gry i też nie było źle, bo potrafiłem to robić. Wtedy mieliśmy już takiego strzelca jak Mieczysław Młynarski. A dwóch egzekutorów w zespole ciężko już pogodzić. Zobaczmy kiedy Młynarski trafił do Lecha gdzie był Kijewski. Niestety nie wypaliło. Dwóch strzelców w zespole nie ma prawa bycia. Te rolę trzeba umiejętnie podzielić.

Zwykł pan mawiać – „Wałbrzych miał szczęście, że na mnie trafił”. 

– Coś w tym jest (śmiech). Sytuacja była taka, że odkąd zacząłem grać w Górniku i kadrze Dolnego Śląska to zaczęły się sypać medale. Pierwszy na Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży w Poznaniu kiedy miałem chyba 15 lat. Zdobyliśmy złoto choć w ogóle nie byliśmy faworytami. Później rok ’79 i ’80 – dwa złote medale mistrzostw Polski juniorów. Poważne wejście do seniorów – srebro mistrzostw Polski, a zaraz rok później złoto. Ta era medalowa idzie w parze z moim wejściem do większej koszykówki. Można to było w żartach ubrać, że Wałbrzych faktycznie miał trochę szczęścia, że trafił w tym okresie na mnie, a ja że trafiłem na Wałbrzych.

Srebro w roku ’81, złoto w ’82 i znów srebro w ’83. Po tym ostatnim roku trafił pan do najlepszej piątki ligi. Od tego chyba zaczęła się kariera reprezentacyjna. 

– Dokładnie tak. Co ciekawe wielu kibiców może nie pamiętać, że przechodząc wszystkie szczeble w Górniku ja przechodziłem również wszystkie szczeble w reprezentacji Polski juniorów. Zaczynałem od kadetów gdzie już byłem powoływany do reprezentacji Polski i pojechałem na pierwsze mistrzostwa Europy do Francji wtedy i zajęliśmy niezłe 9.miejsce. Potem grałem w reprezentacji juniorów i przegraliśmy w Belgii półfinały. Potem grałem jeszcze w młodzieżowej kadrze Polski, która nie istniała może za długo, ale była kilka lat. Z młodzieżówki trafiłem do pierwszej reprezentacji. Trenerem był chyba Jerzy Świątek i pod jego wodzą zaliczyłem ME – jedyne zresztą, które rozegrałem we Francji w ’83 roku.

Później nastąpił ciekawy okres w pana karierze. Po występach w Górniku przyszło powołanie do wojska i trzeba było przenieść się do odwiecznego rywala – drużyny Śląska Wrocław. To odbiło się szerokim echem. 

– To była ciekawa sytuacja w ogóle. W czasie tych dwóch lat służby wojskowej jak to się wtedy „pięknie mówiło” to właśnie z Górnikiem rozegraliśmy nadmierną ilość spotkań. Trafialiśmy na siebie w play-offach w obydwu sezonach więc graliśmy przez dwa lata jakieś 16 meczów. Tak to się wtedy złożyło. Różne ciekawe historie temu towarzyszą. Nawet byłem we Wrocławiu po cichu posądzany, że odpuszczam mecze z Górnikiem, bo Wałbrzych był dla mnie bliższy niż Wrocław. Nie było to prawdą, bo ja zawsze grałem dla drużyny obojętnie jaki klub by to nie był. Udowodniłem w jednym meczu, że to nie było prawdą. W ciągu czterech minut rzuciłem Górnikowi osiem trójek! Ten rekord do dzisiaj pozostał niepobity. Rzucić osiem trójek w tak krótkim czasie, to już jest wyczyn i akurat trafiło na Górnika…

Służba wojskowa chyba nie miała za wiele wspólnego z tym co było na papierze. Karabinu pan nie nosił. 

– Teraz już można o tym mówić, bo wtedy nie za bardzo. To była prosta piłka. Śląsk i Legia miały monopol. Te kluby mogły sobie brać kogo chciały. Czy ktoś miał kontrakt czy nie – to nie było ważne. Chcieli go w zespole, to przychodziło powołanie do wojska i nie było gadania. Podkreślone na czerwono, że ma trafić do zespołu i po temacie. Ze mną była taka sytuacja, że również piłkarski Górnik miał wtedy niezłą ekipę i jeżeli Kiełbik i Góra przejdą do Śląska wtedy zostawiają Górnika w spokoju i nie biorą więcej zawodników. Miałem tutaj wiele historii z pułkownikiem z WKU, który prosił mnie wręcz żebym trafił do Śląska, żebym nie unikał tej służby. Trener Koniecki też mnie namawiał, który wtedy trenował Górnika żebym poszedł do armii i odsłużył. To oczywiście w cudzysłowie, bo to bardziej było odsługiwanie na papierze. Trzeba było się meldować raz w miesiącu w jednostce, ale było się normalnym zawodnikiem i chodziło się w ubraniu cywilnym.

Kibice mocno dawali się we znaki, że przeszedł pan do obozu wroga? 

– Ja zawsze miałem dobre układy z kibicami. Zawsze dużo rozmawialiśmy. Oni jeździli na nasze mecze. Może nie była to wielka grupa, ale bardzo wierna. Mieliśmy naprawdę układy z tymi rdzennymi kibicami –  nie kibolami, którzy interesowali się tym sportem. Zresztą nawet jak grałem w Śląsku to odczuwałem te wyrazy sympatii. Nie było żadnych animozji.

A ta „święta wojna” na parkiecie pomiędzy Górnikiem, a Śląskiem faktycznie była czymś wyjątkowym. Czy może to było bardziej rozdmuchane żeby zrobić całą otoczkę wokół batalii pomiędzy największymi dolnośląskimi klubami?

– To było już wcześniej rozdmuchane. Jak Górnik jeszcze za starych czasów dostał się do I ligi i miał takie skoki II-I liga. Wtedy to było takie „O przyjeżdża Śląska, będzie wojna”. Zresztą jak trenowałem w juniorach, to czułem wtedy, że ten Śląsk to wróg numer jeden. Później jak już trafiłem seniorskiej koszykówki i jak już się poznaliśmy jako zawodnicy i byliśmy kolegami z reprezentacji  – to rywalizowaliśmy bardzo fair. To były konkretne zawody, bo Śląsk zawsze miał dobry zespół, a my w Wałbrzychu zbudowaliśmy też niezłą ekipę. Myślę, że jak by tak policzyć wyniki z tamtych lat, to jednak my wygraliśmy więcej spotkań ze Śląskiem. My mieliśmy wtedy tą koronę na Dolnym Śląsku.

Owiany sławą turniej młodzieżowy w Dimitrowgradzie w Bułgarii. Stanisław Kiełbik, Drazen Petrović, Arvydas Sabonis w piątce turnieju. Dziś to wydaje się niewiarygodne. Jak to było podobno jeszcze zdobył pan wtedy koronę króla strzelców. 

– To prawda. Byłem królem strzelców i znalazłem się w piątce turnieju. Wtedy nie wybierało się MVP. Król strzelców zawsze miał miejsce w pierwszej piątce. To był bardzo silnie obsadzony turniej z reprezentacjami Jugosławii, Związku Radzieckiego czy Włoch. Cała czołówka i trzeba przyznać, że rozegraliśmy całkiem niezłe zawody. Było bardzo gorąco. Temperatury dochodziły do 40 stopni, a my graliśmy w nieklimatyzowanej hali. Jak niedawno spotkałem się z Jarkiem Jechorkiem, bo też był na tym turnieju przypomniał mi, że w drużynie Niemiec grał jeszcze Detlef Schrempf, który później też trafił do NBA. On też był w tej piątce. To była juniorska elita. Nikt nie mógł wówczas przypuszczać, że ci zawodnicy trafią do NBA, bo różnie losy się toczyły. Inaczej byli prowadzeni, a my żyliśmy w komunie i nie można było zrobić żadnego ruchu.

Gra w koszulce z orzełkiem na piersi. 64 mecze oficjalnie zliczone, ale tych spotkań mogło być chyba znacznie więcej? Jak pan wspomina ten okres.

– Rożnie podają źródła. Jedne, że ponad 60 drugie, że raptem nieco ponad 20. Ale razem z kolegami zliczyliśmy, że było ich na pewno ponad 60. Uczestniczyłem w dwóch turniejach Challenge Round – to było odpowiednik eliminacji do mistrzostw Europy. To się odbywało w jednym terminie, grało po osiem ekip w dwóch grupach. Najlepsi awansowali do ME. Grałem w mistrzostwach Europy we Francji, oficjalne tournee z kadrą w Stanach Zjednoczonych. Jak wspominam grę w kadrze? Czuje pewien niedosyt. Myślałem, że będę miał więcej tych minut na parkiecie, ale trafiłem też na okres gdzie Kijewski był noszony przez trenerów na rękach. To on był numerem jeden. Czy grał dobrze, czy trochę gorzej to zawsze grał. Mimo, że on był bardziej egzekutorem niż rozgrywającym, to miał pewne miejsce w składzie. Może trenerzy bali się grać na dwóch małych. Nie wiem, ale czuję pewien niedosyt.

Któryś z trenerów przyznał, że nie prowadził się pan zbyt dobrze. Na kadrę przyjeżdżał pan z nadwagą i być może dlatego ta kariera reprezentacyjna była taka, a nie inna. 

– Moja nadwaga pojawiła się w końcowej fazie kariery. Ja nie miałem tendencji do tycia. To pojawiło się na zgrupowaniu kadry przed ME w Grecji. Wtedy byłem po kontuzji stawu skokowego i pojawiłem się z nadwagą. Ale to raczej była jakaś wymówka ze stron trenerów. Ja zazwyczaj byłem szczupłym zawodnikiem. W końcówce kariery owszem odczuwałem już trochę więcej kilogramów w związku z mniejszą ilością treningów, bo po prostu miałem duże problemy ze stawem skokowym, które pozostały do dzisiaj.

Jak pytam wśród zawodników z pana okresu o największego dowcipnisia, to wszyscy zgodnie przyznają Stanisław Kiełbik. 

– (śmiech) No były historie i w kadrze i w klubie, że wycinało się numery. Traktowaliśmy koszykówkę bardzo poważnie, ale też bardzo rozrywkowo. Nie było napinki, że za wszelką cenę trzeba osiągnąć sukces. My wiedzieliśmy co mamy robić na parkiecie, ale potrafiliśmy się tym wszystkim dobrze bawić. Niektóre sytuacje boiskowe zamienialiśmy w żartobliwe historie, ale nie od razu podnosić ciśnienie. Mieliśmy takie podejście do sportu. A że poza boiskiem byliśmy zżyci to stąd brały się te wszystkie ciekawe historie.

To jakie największe numery wycinał pan kolegom?

– To ciężko tam na szybko wyłapać w głowie. Szczególnie dużo było takich numerów na obozach gdzie przebywaliśmy ze sobą po 14 dni i dłużej. Wtedy się działo. Była taka szczególna historia, którą pamiętam. Pojechałem jako młody zawodnik na obóz z pierwszym zespołem do Dziwnowa. To był ośrodek kopalni Wałbrzych. Nie wiem czyj to był pomysł, ale spaliśmy w domkach campingowych i chłopaki powiedzieli, że zrobimy jakieś jaja. Nie bardzo wiedziałem co mają na myśli wtedy. Kolegom, których akurat nie było w domku wsadziliśmy przez okno ławkę z zewnątrz (śmiech). Jak wrócili byli bardzo zdziwieni, że przybył im mebel, którego wcześniej nie widzieli. Było wiele takich historii. Tak jak z akcją Młynarskiego z Senderem na turnieju w Zielonej Górze. Zawsze coś się działo.

Szczególnie działo się w Wałbrzychu. Nie ma co ukrywać – na tamte czasy mieliście wszystko i byliście królami życia. Lubiliście dobrą zabawę, ale nie zapominaliście o obowiązkach. 

– To była podstawa z tą obowiązkowością. Nie było sytuacji, że nie stawialiśmy się na treningi, bo była mocniejsza balanga. My naprawdę ciężko pracowaliśmy na treningach. To co Mietek podkreślał, że zostawał po treningach i oddawał niezliczone ilości rzutów. Ja zostawałem do godziny-półtorej po treningu i robiłem różne ćwiczenia. Kozłowałem, podawałem piłki Słomińskiemu na centra. To była ciężka robota. Przychodziliśmy na trening przed 10, a wychodziliśmy przed obiadem. Nikt nas do tego nie zmuszał, my sami chcieliśmy pracować. To, że zdarzały się sytuacje związane ze słynnymi Sudetami, to było normalne. Żaden z kibiców nie miał nam tego za złe. Byliśmy normalnymi, dostępnymi ludźmi, z którymi można było pogadać i wypić piwo.

Hotel Sudety, sławny Hotel Sudety. Tam się chyba działo…

– Na tamte czasy jedyny lokal w Wałbrzychu gdzie mogliśmy wydać ciężko zarobione pieniądze (śmiech). Jest jedno ale. Każda wizyta w Sudetach wiązała się z tym, że kierownik zespołu momentalnie o tym wiedział. Chyba była wtyka wśród kelnerów, bo musieli na nas kablować (śmiech).

Mieczysław Młynarski przyznał, że zdarzało się po meczu podjechać pod dyskotekę autokarem i całą ekipą iść na imprezę. 

– Była nawet taka sytuacja, że skończyliśmy mecz w Lublinie o godzinie 19. I poszedł zakład z kierowcą, że zdąży jeszcze dojechać, żebyśmy poszli na godzinę do wałbrzyskiego Tip-Topu. I on tak pruł, że zdążył! Przy tamtych drogach nie wiem jak on to zrobił. Wszyscy wysiedliśmy na placu Grunwaldzkim i poszliśmy na imprezę. Chodziliśmy zazwyczaj całą grupą. Nie było sytuacji, że ktoś się migał. Byliśmy ekipą i to się też odbijało na boisku. Wiadomo, że nie musieliśmy się wszyscy lubić czy kochać, ale chemia była.

Z tego się właśnie wziął ten „wałbrzyski charakter” zespołu? Bo teraz z opowieści można wywnioskować, że rywale niejednokrotnie przyjeżdżali do Wałbrzycha i bali się wyjść na parkiet. Byliście nieobliczalną drużyną.

– Ja myślę, że tak. Ekipę tworzy się szczególnie w tych sytuacjach poza parkietem czy na spotkaniach towarzyskich. Bywaliśmy u siebie w domach, czy na urodzinach i podobnych imprezach. Różnie się komponowaliśmy ze sobą. Tworzyła się atmosfera tego zespołu, a to przebijało się na parkiet. Często było tak, że jeden nie mógł, ale drugi szedł za nim w ogień albo i trzeci. To była drużyna z charakterem gdzie ta walka na parkiecie była wryta w nas. To było częścią naszego koszykarskiego DNA. Mieliśmy zakodowane, że nie ma straconych piłek. Trzeba by było wskoczyć po nią na widownię, to też byśmy to zrobili. przyjeżdżały różne ekipy i nie wiedziały jak grać. Do tego dochodził doping i robił się prawdziwy kocioł. To było prawdziwe. Jako ciekawostkę dodam fakt, że w Wałbrzychu grała kadra Polski za Gienka Kijewskiego ze Szwecją, a potem z Francją. To jak Szwedzi wyszli na rozgrzewkę to spojrzeli na górę i nie bardzo wiedzieli, co to za konstrukcja. Jak zaczynał się mecz, to kilku z nich nie wiedziało czy trafiło w dobre miejsce. Oni się naprawdę przestraszyli tego wałbrzyskiego kotła i to na meczu międzynarodowym. A taki kocioł był na każdym naszym meczu ligowym. Warto było dla nich grać.

Swoje robił też słynny „wałbrzyski kocioł”. Podobno nigdzie nie grało się tak trudno jak w Wałbrzychu.

– Z tym co żeśmy zjeździli po Polsce, to kibiców nigdzie nie było takich jak w Wałbrzychu. Oni stworzyli tak specyficzną atmosferę, w specyficznej hali do tego. Takiej hali jak OSiR na Wysockiego z balkonami nie było w Polsce. Tam się wytwarzał taki klimat, że

No i przysługiwały Wam te owiane sławą „deputaty węglowe”. Cała koszykarska Polska tego zazdrościła (śmiech).

– My wtedy naprawdę zarabialiśmy fajne pieniądze. To było na takiej zasadzie, że szliśmy z innymi do kasy odbierać pieniądze, a później pokój wyżej odbieraliśmy kolejne. To były dwie wypłaty. Do tego całkiem niezłe premie za mecze. Nie można było powiedzieć, że źle nam się żyło. Żyło nam się dobrze, ale nie na tyle żeby można odłożyć na przyszłość. Teraz koszykarze zarabiają nieporównywalnie więcej.

Był pan charakternym gościem. Podkreślają to zarówno trenerzy jak i zawodnicy. Nie dał pan sobie w kaszę dmuchać jak to się mówi.

– Ja nienawidziłem przegrywać. Szlag mnie trafiał jak przegrywaliśmy. Od razu stawałem się niedobry. Lubiłem też podyskutować z sędziami, ale głównie na początku kariery. Nie potrafiłem przyjąć do siebie porażki. To było chyba spowodowane charakterem. Po meczu jednak podawaliśmy sobie dłonie i nie było tematu.

Ówczesny Górnik to tacy „bad boys” polskiej ligi, których chyba będzie się wspominać nie tylko w Wałbrzychu przez długie lata. 

– Może tak być. My byliśmy niegrzecznymi, charakternymi chłopakami. Trener miał z nami ułatwione zadanie. My potrafiliśmy się skupić na swoim zadaniu żeby je osiągnąć za wszelką cenę.

A ta szarpanina z Kentem Washingtonem, po której zęby stracił Węglorz. Od pana się zaczęło (śmiech).

– To była trochę dziwna sytuacja. Kent zrobił kroki czy podwójną i sędzia przyznał nam piłkę. On jednak nie bardzo chciał się z tym pogodzić. Nam była szybko potrzebna piłka żeby wyjść z kontrą i zacząłem mu ją wyrywać. I tak się zaczęło. Tam nie było walki na pięści. Zresztą po meczu wszystko sobie wyjaśniliśmy. Kent był często gościem na zgrupowaniach kadry gdzie ćwiczył z nami. Wtedy po prostu za bardzo ciśnienie się wytworzyło w tej sytuacji. Reakcja Młynarskiego pociągnęła za sobą łańcuch. Powinniśmy obaj dokończyć ten mecz, ale Kent był wtedy ważniejszą postacią dla Zagłębia niż ja dla Górnika. Mnie mógł zastąpić ktoś z ławki, ale jego już nie. Dlatego w drugiej połowie dostali od 30 punktów. I to był najniższy wymiar kary dla nich. Zresztą my przed meczem powiedzieliśmy sobie jedno: chcemy zając czwarte miejsce czy zdobyć pierwsze mistrzostwo dla Wałbrzycha? Nie było innej opcji jak wygrać.

Washington też był pewną nowością w Polsce. Pierwszy czarnoskóry koszykarz chyba musiał robić niemałe wrażenie. 

– To był chłopak, który potrafił z piłka zrobić wszystko w koźle. Do tego miał niezły rzut. Miał świetny przegląd pola. Ja bardzo dużo się nauczyłem od niego. Wspólne treningi jak przyjeżdżał do nas na kadrę bardzo dużo mi dały. Ale z drugiej strony nie miałem też problemów żeby grać przeciw niemu. Obrońcą wybitnym nigdy nie był. W ataku można było mu trochę rzucić, ale gorzej z zatrzymaniem go. Mijał jak chyba nikt w lidze w tamtych czasach.

A Mieczysław Młynarski? Wielu kibiców dziś nawet nie pamięta tych czasów. A jednak to żywa legenda polskiego basketu. 

– Ci co nie pamiętają to niech żałują, bo warto było zapamiętać taką postać. To rzadko się zdarza, że zawodnicy z taką umiejętnością zdobywania punktów minęli się w Polsce. Jeden skończył – mówię o Jurkiewiczu i zaczął drugi – Młynarski. To było przejście. Takich ludzi w polskiej koszykówce już nie ma. Jurkiewicz, Młynarski i się skończyło. Grałem z Mietkiem, ale też grałem z innym wybitnym zawodnikiem – Dariuszem Zeligiem. To byli inni zawodnicy, ale obu cenię za to, że wykorzystywali mój potencjał. My tylko spotykaliśmy się wzrokiem i wiedzieliśmy co będziemy grali. Dużo punktów, które zdobywali to właśnie był spotkania naszego wzroku. Wiadomo było gdzie trzeba podać żeby oni zrobili z tego użytek. Dlatego bardzo doceniam i „Młynarza” i Zeliga i po prostu cieszę się, że mogłem z nimi grać.

Podobno pan też miał papiery żeby zostać koszykarzem europejskiego formatu, ale coś nie do końca zagrało. Zabrakło szczęścia, odpowiedniego trenera?

– Fajnie tak o tym teraz mówić na luzie. Nawet jak wtedy byłbym jeszcze bardziej wybitną postacią, bo w jakimś stopniu wybitny byłem, to i tak nie mogłem wyjechać i się sprawdzić. Nie mówię o topowych klubach, ale o silnej lidze i jakimś średnim klubie. Ja myślę, że bym sobie poradził. Też mentalność byłaby inna grając na Zachodzie i zarabiając inne pieniądze. Nie miałem takiej możliwości. Wtedy wyjechać można było mając 28 lat, a to był już schyłek kariery. Takie były czasy. Teraz 28 lat to dopiero środek kariery. Wtedy jak zaczynałem grać jako 11-latek to już byłem w tym wieku wyeksploatowany. Sensacji bym już nie zrobił. Wtedy można było wyjechać jak się miało 21 lat żeby coś pokazać. I w sumie była taka sytuacja. Byliśmy na wyjeździe reprezentacyjnym w Belgii jak czekaliśmy na pociąg do Paryża. Wraz z Mietkiem Młynarskim poszliśmy zadzwonić do jego znajomych, którzy byli zainteresowani żebyśmy tam zostali, ale nie było ich w domu akurat. Być może wtedy inaczej potoczyłaby się moja kariera. A to były lata ’83 więc stan wojenny. Chyba powinienem był zostać w Polsce i tak się stało.

Po zakończeniu kariery zajął się pan trenerką. Popracował pan z grupami młodzieżowymi i z seniorami, ale nie za długo. Przesyt koszykówki? Wypaliła się ta iskra, która pana napędzała?

– Tak się złożyło, że po zakończeniu czynnej kariery trener Mołłow zapytał czy nie pomógłbym mu w prowadzeniu zespołu. To były czasy transformacji, zamykano kopalnie i skończyły się pieniądze. Musieliśmy sobie sami radzić. I nawet doprowadziliśmy Górnika do czwartego miejsca w lidze grając tylko polskimi zawodnikami, co było ogromnym sukcesem. I wtedy zamknął się temat koszykówki zawodowej w Wałbrzychu. Próbowaliśmy odtworzyć jeszcze tą sekcję i wystartować w III lidze mając parę groszy na koncie. Naprawdę wtedy było ciężko awansować. Na dzień dobry dostaliśmy 30 punktów w plecy we Wrocławiu z AZS-em. Ale po czasie jakoś ułożyłem te klocki i udało się zrobić awans. Dwa lata potrenowałem Górnika w II lidze, ale po prostu nie było szans na więcej. Nie było kasy, a ja też już byłem wypalony. Miałem dosyć latania i proszenia sponsorów o pieniądze. Postanowiłem wyjechać do Stanów na 2 lata, ale zatęskniłem za koszykówką i wróciłem. Znów pracowałem z grupami młodzieżowymi w Wałbrzychu. No i potem te ruchy w Górniku jako pierwszy trener i trener juniorów, ale to nie było nic stabilnego. Wszystko było chwiejne. Korzystając z tego, że miałem obywatelstwo francuskie postanowiłem wyjechać i tam zamieszkać. Jestem tam już 9 lat.

Stara się pan śledzić to co się dzieje w polskim baskecie?

– Praktycznie jestem na bieżąco. Mam we Francji polską telewizję i oglądam mecze Tauron Basket Ligi, mam kontakt z kolegami, z którymi biegałem po parkietach. Widzę co się dzieje. Nie jestem daleko od polskiego basketu. We Francji zostałem trenerem regionalnego zespołu i będę ich prowadził w nowym sezonie. Jestem na bieżąco z basketem. Zresztą ciężko nie być skoro 3/4 życia spędziło się z koszykówką.

Ciężko chyba być zbudowanym tym co się widzi. Z drugiej strony chyba za łatwo rezygnuje się z ludzi z doświadczeniem nie sądzi pan?

– To jest ciekawy temat, który powinien zostać już zauważony. Niby cały czas w tej naszej koszykarskiej społeczności to się przewija, ale nic się z tym nie robi. Powinno się włączyć w to centralne szkolenie zawodników, którzy mają duże doświadczenie na danych pozycjach. Jurek Binkowski czy Jarek Jechorek mogliby pracować z wysokimi, dawać podpowiedzi, Młynarski, Darek Zelig powinni ludzie z takim doświadczeniem udzielać się i dawać wskazówki, które są jednak potrzebne młodym graczom. To się tylko tak wydaje, że młody trener przekaże im dużą wiedzę. Wskazówki ludzi, którzy spędzili na parkiecie 20 lat i więcej są jednak bezcenne. Szkoda żeby z tego rezygnować. Żyjąc we Francji widzę jak w klubach pracują ludzie, których pamiętam z parkietów. Pracują w klubach, z młodzieżą, są blisko koszykówki. Ale na to też trzeba mieć pieniądze.

Pan grał na jedynce więc zapytam – z czego bierze się fakt, że przez tyle lat nie potrafimy wychować kilku rozgrywających? Zazwyczaj są dwa-trzy nazwiska i to wszystko. W czym jest problem?

– No właśnie to jest ciekawy temat. Za naszych czasów tych rozgrywających było trochę więcej. Był Kijewski, Prostak, Szczubiał, byłem ja i kilku innych chłopaków. A teraz? Wytworzyła się sytuacja, w której tych rozgrywających nie ma. Musimy wspierać się naturalizowanym graczem, który nie wiem czy zbawi tą kadrę. Czy warto było stawiać na niego? być może. Potrzebujemy rozgrywającego z krwi o kości. Ale jego brak to efekt systemu szkolenia. Jak szkolimy młodzież to od najmłodszych lat musimy stawiać na danej pozycji. Od małego trzeba wyciągać z graczy cechy przywódcze żeby później to procentowało. Tak jak ja byłem szkolony. Od początku byłem stawiany na jednej pozycji i nie szukano dla mnie innej pozycji. Teraz jest tak, że na jednym treningu gra się na jedynce, na kolejnym na dwójce i się rotuje zawodnikiem. Chłopak trafia do dorosłej koszykówki i nie wie gdzie jest jego miejsce na parkiecie. Ja obserwowałem mecze kadry U-20. Żal był patrzeć jak chłopaki się męczyli. Rozgrywający szczególnie. To była totalna porażka, a przecież to jest bezpośrednie zaplecze seniorskiej kadry. Nie wiem jak to będzie dalej wyglądało bez konkretnego systemu szkolenia.

Wierzy pan, że ten rok w końcu przyniesie sukces polskiej koszykówce?

– Chciałbym. Nie mamy złego składu. Pozycje są obsadzone ciekawie i tak naprawdę we Francji zweryfikujemy pracę Taylora. Póki co ciężko oceniać, bo chłopaki są po zgrupowaniu. Niektórzy są jeszcze przymuleni i to widać. Jak dostaną trochę oddechu to mam nadzieję, że pokażą się z dobrej strony na EuroBaskecie. Oby tak było.

Komentarze

Mateusz Zborowski

Obserwuj @MatZborowski