Pan od (prawie) triple-double

Trzy razy w tym sezonie był od jedną piłkę od triple-double, ale nie zaprząta sobie tym głowy, bo Spójnia ma 9-0. Poznajcie Marcina Dymałę.

Marcin Dymała – gracz, który jest w czołowej „10” punktujących, asystujących i zbierających I ligi. Dawno czegoś takiego nie grali. Na dodatek Spójnia bez porażki. Jest moc chłopie.

Marcin Dymała: Najważniejsze, że bez porażki. Staram się robić te wszystkie małe rzeczy, które decydują o końcowym sukcesie drużyny, a druga sprawa jest taka, że koledzy trafiają swoje rzuty stąd taki wynik asyst na liczniku (śmiech).

Nie bądź taki skromny. Który to już sezon I ligi, w którym błyszczysz? Trzeci? Czwarty?

– Oczywiście indywidualne osiągnięcia cieszą na pewno, ale to ma sens wtedy, kiedy idzie w parze z tym, że drużyna odnosi zwycięstwa. Ja nie biorę do siebie indywidualnych statystyk. Na każdy mecz wychodzę skoncentrowany i zmotywowany w 100 procentach, bo tylko w ten sposób można dojść tam, gdzie się chce. Tak dokładnie to już czwarty sezon na parkietach I ligi, ale nie zawsze było tak kolorowo.

Ty jesteś charakternym gościem? Po trupach do celu?

– Nie do końca tak bym to określił. Na pewno mam w sobie dużo więcej pokory niż miało to miejsce jakieś 3-4 lata temu. Staram się po prostu robić swoje.

No właśnie z tą pokora różnie bywało. Podobno się trochę „buntowałeś” za młodu. Jak to było z tym konfliktem?

– Następne pytanie proszę (śmiech).

Chłopak z Ostrowa wychowany na czasach Hestera, Sretenovicia, Sroki i oczywiście Andrzeja Kowalczyka. Można było wybrać inaczej, czy byłeś skazany na koszykówkę?

– Pamiętam, że od dziecka chodziło się na mecze „Stalówki”. Niepowtarzalny klimat i atmosfera. Także od małego gdzieś byłem ukierunkowywany na tą dyscyplinę. Tata zabierał mnie również na żużel i nie opuściłem żadnego meczu. Grałem w piłkę nożną za małolata także sporo tego sportu było w moim życiu, ale jednak to koszykówka była mi najbliższa.

Czyli „człowiek ze stali” jednym słowem?

– Można tak powiedzieć. Na pewno z sentymentem wspominam te wszystkie lata spędzone w zespole Stali. Atmosfera na naszych meczach nawet w II lidze była niesamowita. Pamiętne mecze finałowe ze Śląskiem Wrocław czy mecze z Open Pleszew gdzie hala była wypełniona do ostatniego miejsca… To se ne vrati (śmiech).

Stal awansowała do PLK bez ciebie w składzie. Jest jakaś ryska na sercu, że nie mogłeś być częścią tego sukcesu?

– Widocznie tak miało być. Kibicowałem zespołowi z Ostrowa, bo grało tam wielu moich kolegów, z którymi sezon wcześniej biegałem po parkiecie, a z niektórymi nawet więcej. A czy jest rysa? Nie, szczerze nawet o tym nie myślałem i chyba bez sensu już się nad tym zastanawiać.

Dopiąłeś w końcu swego i pojawiłeś się na parkietach PLK, ale umówmy się – ile można pokazać dostając jakieś 7 minut na placu?

– Dokładnie. Podpisałem kontrakt z zespołem AZS-u Koszalin. Uważam, że ten sezon nie był stracony. Był to dobrze przepracowany czas i mimo tego, że nie grałem zbyt wiele, to doświadczenie z meczów czy treningów może wyjść tylko na plus. Było kilka spotkań, w których dostałem sporo tych minut, ale wiadomo, że patrząc na cały sezon, to nie było to… Później doszły jeszcze zawirowania, które nie doprowadziły do niczego dobrego, bo z perspektywy czasu mogłem zostać do końca sezonu w AZS-ie, tym bardziej, że miałem tam kontrakt 1+1, ale nie ma co patrzeć za siebie, bo w tym momencie to nie ma najmniejszego sensu. Cierpliwość, to słowo klucz, ale wiadomo, że czasami jej brakuje… Mi zabrakło na pewno.

Jak wygląda PLK z perspektywy zawodnika, który robi różnicę w I lidze. Nie jest właśnie tak, że to minuty są tutaj czynnikiem decydującym o powodzeniu?

– Na pewno PLK różni się od I ligi, ale nie jest to jakaś przepaść… Kilku zawodników, którzy nie byli wiodącymi postaciami swoich zespołów w I lidze gra z powodzeniem na tym poziomie, także uważam, że klucz jest w tym, żeby dostać swoją szanse. Mam nadzieję, że jeszcze będę miał możliwość sprawdzenia się na tym wyższym poziomie.

A nie jest czasem tak, że Polacy mają być „mięsem treningowym”, a i tak na obwodzie minuty zarezerwowane są dla graczy z USA?

– Nie chce się wypowiadać na ten temat, bo to nie moje kompetencje. Są zespoły gdzie grają Polacy i efekt wcale nie jest gorszy, a można powiedzieć, że gra wygląda nawet lepiej.

Nie boisz się łatki zawodnika za dobrego na I ligę, a za słabego na PLK?

– Nie spotkałem się jeszcze z takim określeniem, ale tak naprawdę to był mój pierwszy sezon w PLK. Może trochę za późno… Ale jak już wcześniej mówiłem – czasu nie cofnę, także patrzę przed siebie, a jeśli trafię w odpowiednie miejsce, to zrobię wszystko, żeby grać najlepiej jak potrafię. Może kiedyś wrócimy do tego pytania, po rozegranym sezonie w ekstraklasie. Mam nadzieję, że tak będzie.

Wiem, że dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, ale jak to jest z różnicą pomiędzy zarobkami w PLK, a zarobkami w czołowych klubach I ligi. Duża przepaść?

– Nie chce się wypowiadać za wszystkich, którzy grają w I lidze, ale na pewno nie można narzekać.

Nie trzeba żyć od 10 do 10 (śmiech)?

– Na pewno nie (śmiech). Można się skupić na trenowaniu i meczach.

Służy ci ten szczeciński klimat.

– Gdzieś już to słyszałem (śmiech). Mamy dobry zespół i każdy wie co ma robić. Myślę, że to jest klucz do sukcesu, aczkolwiek to dopiero początek sezonu i jeszcze długa droga przed nami.

Siedzi gdzieś z tyłu głowy to zero po stronie porażek? Mam wrażenie, że to trochę powoduje zastrzyk presji, bo wiadomo, że chciałoby się jechać z tym zerem jak najdłużej.

– Mogę odpowiedzieć za siebie, że w moim przypadku nie, ale już była gdzieś taka myśl jak graliśmy z Notecią u siebie. Szczerze myślałem, że już nie uda nam się wygrać tego meczu, ale sport pokazał po raz kolejny, że jest nieprzewidywalny.

Mam też wrażenie, że macie taki zespół, w którym mimo sporego bagażu doświadczeń każdy ma jeszcze coś do udowodnienia.

– Na pewno tak jest i to widać na parkiecie. Każdy kto wychodzi walczy w 100 procentach i nie odpuszcza.

A może kluczem w tej całej układance jest Krzysztof Koziorowicz, który dotarł do waszych głów?

– Trener Koziorowicz z niejednego pieca chleb jadł i na pewno wie jak to poukładać. Jego doświadczenie jest tutaj bardzo ważne, a w duecie z trenerem Grudzińskim dobrze się uzupełniają. Także nam nie pozostaje nic innego, jak tylko wygrywać.

Trzy razy byłeś o zbiórkę albo asystę od triple double? Pierwszy raz ok, drugi też, ale trzeci? Klątwa Dymały (śmiech)?

– (śmiech) Tak wyszło. Nie ma co na to patrzeć, ważne, że wygrywamy kolejne spotkania.

Nie wmówisz mi, że nie usiadłeś po meczu i nie żałowałeś, że się nie udało.

– Na pewno troszkę szkoda, bo szczerze to nigdy nie miałem osiągnięcia w postaci triple-double, ale to sport drużynowy i tutaj zwycięstwa są najważniejsze, ale byłoby miło gdyby się w końcu kiedyś udało (śmiech).

Przeciwko komu najbardziej nie lubisz grać w I lidze?

– Jest kilku zawodników, ale nie mogę zdradzić, bo mieliby nade mną jakąś tam przewagę psychologiczną (śmiech).

Jedynka, dwójka czy combo?

– Combo. Staram się łączyć obie pozycje i jak widać w miarę to wychodzi.

Podobno gdybyś nie został koszykarzem, to miałeś robić karierę fizyka (śmiech).

– (śmiech) Pierwsze słyszę… Zawsze trója z fizyki była, także nic by z tego pewnie nie wyszło.

Znalazłem ciekawą ankietę. Najgorszy przedmiot w szkole – fizyka.

– Zdecydowanie (śmiech).

A zastanawiałeś się kiedyś co by było gdyby nie koszykówka?

– Parę pomysłów jest, ale za wcześnie by o tym mówić, bo chyba jeszcze trochę pogram.

Czekasz na telefon z PLK czy nie myślisz o tym?

– Teraz jestem w Stargardzie i skupiam się na każdym, kolejnym meczu, a co będzie w następnym sezonie to zobaczymy… Nie chce wybiegać w przyszłość.

Dyplomata (śmiech).

– Takie założenie po dwóch ostatnich sezonach, kiedy w połowie zmieniałem klub (śmiech).

Może miejsca ci się szybko nudzą… (śmiech).

– Nie chodzi o to (śmiech). Wszędzie tak naprawdę czułem się dobrze, ale czasami są takie sytuacje… Zresztą sam wiesz.

Życie samo pisze scenariusze. Czasem tylko trochę temu pomagamy.

– Dokładnie. Czasem wychodzi lepiej, czasem gorzej, ale to już było i nie wróci więcej (śmiech).

Widzę, że kolega w muzykę idzie (śmiech). Był tu taki jeden w weekend Malitka się zwie i też rozśpiewany.

– Coś tam słyszałem (śmiech). Bardziej z opowieści, bo nie znam go osobiście, ale Damian Janiak coś wspominał, bo grali razem.

To kto u Was w szatni robi za DJ’a?

– Tak naprawdę nie ma DJ-a, u nas wiekowo towarzystwo zróżnicowane, także każdy coś innego.

Ale wszyscy z jednym celem. Czyli po Kotwicy 10-0?

– Wszyscy z jednym celem na pewno. Miejmy nadzieje, że tak będzie! Do każdego rywala podchodzimy z szacunkiem, a że będą to derby, to będzie dodatkowy smaczek.

Zdjęcie: Jakub Janecki/BM Slam Stal

Komentarze

Mateusz Zborowski

Obserwuj @MatZborowski