Niedoszły ślub Kijewskiego, mięso Łopatki i chrzty na kadrze, czyli perełki minionej epoki

Zastanawialiście się kiedyś jak wyglądała miniona koszykarska epoka od kuchni? Postanowiliśmy zatem odkryć koszykarskie kulisy czasów PRL-u.

MŁYNARSKI NICZYM ALI

„Miała miejsce taka sytuacja w meczu o Mistrzostwo Polski z Zagłębiem Sosnowiec, w którym Mietek nie mógł wystąpić ze względu na przekroczenie limitu fauli technicznych, ale siedział z drużyną na ławce rezerwowych „po cywilu”. Hala przy placu Teatralnym była wypełniona brzegi, a ci, którzy się nie zmieścili wewnątrz oglądali mecz na telewizorach wystawionych przed halą. Pod koniec I połowy po błędzie kroków Kent Washington nie chciał oddać piłki i zaczęliśmy się szamotać. Po chwili poczułem uderzenie w twarz od Justyna Węglorza, ale zanim się zorientowałem „Młynarz” błyskawicznie go znokautował. Po ogólnym zamieszaniu sędziowie usunęli nas z Kentem z boiska, a Justyn dokończył mecz ze złamaną szczęką” – przytacza całe zajście jeden z bohaterów, Stanisław Kiełbik.

A co na to Młynarski? „Miałem siedzieć i patrzeć jak Węglorz bije Kiełbika? Wstałem wymierzyłem sierpa i było po robocie”. A warto dodać, że wtedy pięść „Młynarza” ważyła niewiele mniej niż niejednego pięściarza królewskiej kategorii.

WAŁBRZYSKI KOCIOŁ CZYLI WITAMY W PIEKLE

O tym co się działo w wałbrzyskich halach można by było napisać książkę. Pierwszy tytuł Górnik zdobywał w hali przy placu Teatralnym. Sala bardzo podobna do Kosynierki. Trybuny z jednej strony, a z drugiej ściana tuż przy linii bocznej parkietu. To właśnie tam kibice w przerwie udawali się za trybuny na papierosa więc na drugą połowę zespoły wychodziły przy oparach tytoniu unoszącego się w powietrzu. Warto dodać, że owa hala wcześniej pełniła funkcję rzeźni, a z czasem zmieniono jej formę użytkowania na salę sportową – sam miałem okazję na niej trenować i proszę mi wierzyć po każdej wizycie na „Teatralnej” ciuchy przeszywała woń zapachu masarni z potem unoszącym się wewnątrz hali – istny wałbrzyski „wunderbaum”, ale kto w Wałbrzychu nie znał tego zapachu, raczej niewiele mógł powiedzieć o koszykówce w mieście.

transparent

Po pierwszym tytule Górnik przeniósł się do nowej hali kilkadziesiąt metrów od placu Teatralnego – OSiR-u. Słynne balkony wypełnione po brzegi, a na nich fanatyczni kibice, którzy często nie przebierali w środkach. A to pluli na zawodników drużyn przeciwnych, a to „walili” w metalowe reklamy wiszące na balkonach. Jednym słowem – kocioł. W górniczym mieście sport był jedyną rozrywką i doping jaki potrafili zgotować wałbrzyszanie był czymś niespotykanym i zarazem przerażającym dla drużyn przeciwnych. Jak znajdziecie zawodnika jakiejkolwiek drużyny przeciwnej, który lubił grać w Wałbrzychu, to prosimy o informację, bo nam się nie udało.

SPARING Z KARATEKAMI

Koniec lat ’80 i słynny Turniej o Puchar Winobrania w Zielonej Górze. Nie będziemy zdradzać personaliów drużyn i bohaterów, ale to była koszykarska elita na tamte czasy. Skoro Puchar Winobrania, to nie mogło zabraknąć akcentu z procentami. Po jednym z meczów koszykarze postanowili podbić parkiety jednej z miejscowych dyskotek. Zabawa trwała w najlepsze, aż do… No właśnie skoro dyskoteka i sportowcy, to i musiały pojawić się w tym wątku kobiety, a że panowie przyjezdni, to nie wszyscy byli pokojowo nastawieni. O co poszło? „Jeśli dyskoteka, to wiadomo, że musiało pójść o kobietę ewentualnie bar był za krótki” – mówi jeden z uczestników tamtejszego wydarzenia.

Impreza tak się rozkręciła, że na miejscu zjawili się karatecy, a że koszykarze nie ułomki, to zaczęła się awantura. Ekipy nie przebierały w środkach. Po awanturze każdy poszedł w swoją stronę. Koszykarze wrócili do Drzonkowa gdzie nocowali, ale nie wiedzieli jeszcze, że czeka ich jeszcze dogrywka. Karatecy pojawili się na miejscu i zaczęło się drugie starcie. Straty były po obu stronach, ale co mieli powiedzieć koszykarze, którzy kolejnego dnia grali mecz? Szkoda, że nie było kamery, bo materiał na zielonogórską wersję „Wejścia smoka” byłby jak znalazł.

NIEDOSZŁA ŻENIACZKA KIJEWSKIEGO

Rok 1977. Polska reprezentacja gra w Upsali i Sztokholmie turniej kwalifikacyjny do Mistrzostw Europy w Liege. Co prawda kadra prowadzona wówczas przez Andrzeja Pstrokońskiego zajęła 5.miejsce i nie wywalczyła awansu na belgijski turniej, ale świetne wrażenie zostawił po sobie 22-letni Eugeniusz Kijewski. Na tyle świetne, że wpadł w oko włodarzom jednego z holenderskich klubów, którzy z miejsca zakochali się w jego talencie.

Co było dalej? „Kijkowi” zaproponowano kontrakt wart 3,5 tysiąca dolarów oraz zmianę obywatelstwa w trybie natychmiastowym. Działacze z Holandii uknuli nawet bardzo ciekawy plan… Kijewski miał wziąć fikcyjny ślub z pacjentką zamkniętego ośrodka psychiatrycznego! Holendrzy gwarantowali również opcję rozwodu. Reprezentant Polski dostał kilka godzin do namysłu, ale ostatecznie wycofał się z tego szalonego pomysłu. Gdyby wyjechał nie miałby powrotu do Polski i rodziny w tamtym okresie, a dodatkowo obawiał się jednego: „Bałem się, że ta kobieta opuści jednak ten ośrodek” – dodaje po latach z uśmiechem na ustach Kijewski.

PANOWIE, ALE GAZ ODDAJCIE!

W połowie lat ’80 ligowe rozgrywki zdominowała ekipa Zagłębia Sosnowiec prowadzona przez Tomasza Służałka. Liderami drużyny z Górnego Śląska byli wtedy: Dariusz Szczubiał, Justyn Węglorz (ten znokautowany przez Młynarskiego), Henryk Wardach czy Andrzej Żurawski. Po drugim zdobytym tytule włodarze zorganizowali uroczysty bankiet w hotelu Silesia. Jak to często bywa na takich imprezach pojawili się goście proszeni i nieproszeni…

I jeden z takich niezaproszonych gości w trakcie zabawy postanowił zadbać o dodatkowe atrakcje i „poczęstował” koszykarzy Zagłębia gazem łzawiącym. Na reakcję zawodników nie trzeba było długo czekać. Wynieśli intruza z hotelu „na barana” i odpowiednio się nim zajęli (oczywiście solidnie go oprawiając). Pech chciał, że gość okazał się jednym z miejscowych funkcjonariuszy milicji. Następnego dnia w klubie zadzwonił telefon, a w słuchawce zabrzmiał głos komendanta o dziwo bardzo spokojnego: „Panowie nic się nie stało, że trochę go wymasowaliście, ale oddajcie tylko ten gaz, bo musimy się rozliczyć z niego w województwie”. Cała sprawę szybko puszczono w niepamięć.

ZELIG DAJE „BANA” DZIENNIKARZOM

W połowie sezonu 1989/90 do Polski po belgijsko-niemieckiej przygodzie wrócił Dariusz Zelig. Grając na zachodzie nabawił się poważnej kontuzji i nie wiadomo było czy będzie jeszcze kontynuował karierę. Spotkał się wtedy z Jerzym Chudeuszem – ówczesnym trenerem Śląska i razem doszli do wniosku, że będzie trenował z WKS-em aż wróci do pełni formy. Gdy forma wróciła Chudeusz poprosił Zeliga by wspomógł na parkiecie byłych kolegów. Ten się zgodził.

Kiedy wiadomość o powrocie Zeliga obiegła koszykarskie środowisko, to na kolejnym treningu stawiła się chmara dziennikarzy, którzy byli żądni świeżych informacji. Wtedy „Profesor” się zagotował. „Przez pół roku jak leczyłem kontuzję i dochodziłem do formy, to nikt się mną nawet nie zainteresował, ale jak tylko poszła informacja, że wracam do gry nagle dziennikarze zaczęli wyrastać jak spod ziemi. Pomyślałem: Gdzie byliście wcześniej? I postanowiłem nie rozmawiać z mediami” – powiedział Zelig. Dziś po prostu zablokowałby ich na Facebooku.

MIĘSO DLA ŁOPATKI

Z okazji 50-lecia wrocławskiego OZKosz postawiono zorganizować plebiscyt na najlepszego zawodnika, zawodniczkę, trenera i działacza na Dolnym Śląsku. Rywalizację na najlepszego gracza i trenera wygrał bezkonkurencyjnie Mieczysław Łopatka. Oczywiście zadbano o odpowiednią otoczkę i postawiono wręczyć nagrodę podczas obchodów jubileuszu w Brzegu Dolnym.

Oprócz pamiątkowego medalu pan Mieczysław otrzymał dość pokaźną paczkę. Po zakończeniu gali ciekawscy dziennikarze postanowili podpytać Łopatkę, co zawierał tajemniczy pakunek. „Wędlina – kurczak, szynka, kiełbasa” – odpowiedziała legenda Śląska. Zapytany o szczegóły dodał, że na oko było tego jakieś 2,5 kilograma.

WASHINGTON I KURCZAKI

Prezentem Łopatki na pewno nie pogardziłby Kent Washington. Pierwszy czarnoskóry zawodnik w Polsce dał się poznać nie tylko jako świetny koszykarz, ale również jako fan drobiu, a że w czasach PRL-u nasza oferta kulinarna nie była tak świetna jak dzisiaj, to jego menu ograniczało się do kurczaka z frytkami i coca-coli. Jak ognia bał się polskiej żywności i nawet nie próbował eksperymentować.

Co ciekawe grając w Lublinie Washington zamieszkał w willowej dzielnicy. Pewna rodzina udostępniła mu pokój, a opiekowała się nim babcia… Oczywiście nie jego babcia. Gotowała mu obiady, parzyła herbatę. Kent czuł się jak w domu. W Sosnowcu Washington zamieszkał już ze swoją dziewczyną w mieszkaniu nieopodal centrum, a w klubie dobrze znano zwyczaje żywieniowe i gdzie nie pojawiał się Amerykanin, tam czekał na niego kurczak.

„PRZYWOZICIE DO KRAJU CZTERY KILO OBYWATELA MNIEJ”

Wyjazdy i tournee zagraniczne z reprezentacją narodową, to dla wielu był szczyt marzeń. Nie tylko tych sportowych. Każdy wyjazd za granicą wiązał się z dietą, którą zawodnicy najczęściej otrzymywali w dolarach. Co oznaczał wtedy dolar? Był synonimem luksusu. A, że Polak człowiek kreatywny, to starał się kombinować… 10 dolarów na tamte czasy, to była pensja klubowa, a podczas jednego z tournee po USA nasi koszykarze dostawali 20 dolarów diety dziennie!

Mając 20 dolarów dziennie w kieszeni czuli się „panami życia”. Więc po co jeść jak można przywieźć dolary do kraju? Pamiętacie sytuacje z misia gdzie podczas kontroli celnej pada słynne zdanie: „Przywozicie do kraju cztery kilo obywatela mniej”? Nasi koszykarze również wracali lżejsi o kilka kilogramów. Jeden z zawodników przyznaje: „Woleliśmy oszczędzać dolary niż jeść więc ostatnie mecze przegrywaliśmy po 40 punktów, bo słanialiśmy się na nogach”. 

SŁYNNE „CHRZTY” NA KADRZE

W latach ’70 i ’80 panowała tradycja, że każdy nowy gracz pojawiający się na zgrupowaniu reprezentacji narodowej musiał przejść chrzest. Oczywiście grupą trzymającą władzę w kadrze było wówczas kondominium dolnośląsko-poznańskie. Starsi przygotowywali dla młodych najróżniejsze niespodzianki, ale najczęściej był to po prostu rasowy wpi..dol. Oczywiście nie bili się na pięści, ale co powiecie na metodę lania pasem po tyłku przez namoczone spodenki?

To była próba charakterów. Przejście chrztu równało się z tym, że zostawało się pełnoprawnym członkiem kadry i grupa traktowała cię jak swojego. Szczególnie pod górkę mieli zawodnicy z Warszawy. Dlaczego? Wtedy panowało określenie, że „wszystkie warszawiaki, to cwaniaki” więc koszykarze ze stolicy często musieli zbierać najmocniejsze cięgi. Nie wszyscy wytrzymywali. Znamy taki przypadek, że gracz Legii (nie będziemy zdradzać który) uciekł ze zgrupowania przez okno i już więcej się na nim nie stawił. Ktoś myślał, że kadra to była wtedy sielanka?

 

Zdjęcie: Grażyna Kulesza Szypulska/rok1988.gornik.walbrzych.pl

Komentarze

Mateusz Zborowski

Obserwuj @MatZborowski