Koszykarska spowiedź Malitki

Czy można zacząć skończyć jedno koszykarskie życie i zacząć kolejne? Przykład Rafała Malitki pokazuje, że można.

25 lat i nagła eksplozja formy na drugoligowych parkietach. To nie zdarza się często.

Rafał Malitka: To prawda, ale znam i zawsze znałem swoją wartość. Wiem co potrafię, ciężko trenuję i to później procentuje. Znam też swoje słabe strony i staram się je poprawiać, a poza tym praca z trenerem Kościukiem to czysta przyjemność. Coach we mnie wierzy, ufa mi i ja to czuję.

Zaczęło się we Wrocławiu, ale nie w Śląsku, a w Gimbaskecie. Jak to się w ogóle stało, że powiedziałeś „tak” koszykówce?

– W podstawówce trenowałem karate. Zawsze kiedy kończyłem trening, to dzieciaki na sali obok grali w basket i razem z moim tatą przyglądaliśmy się ich poczynaniom. Wtedy złapałem bakcyla i zaczęło się kolekcjonowanie wszystkich gazet o koszykówce, oglądanie Euroligi, Suproligi czy NBA . A dlaczego akurat Gimbasket? Gimbasket dawał mi możliwość łączenia nauki ze sportem i jedno nie odbywało się kosztem drugiego, a poza tym pamiętałem złote czasy Śląska, więc nazwisko trenera działało na moją wyobraźnię.

Czyli zamiast uderzeń i kopnięć zaczęło się rzucanie do kosza. Trudne początki?

– Zakochałem się w koszykówce. A początki… Wydaje mi się, że od samego początku mojej przygody z basketem wszystko wychodziło jakoś naturalnie, ale o to trzeba by było zapytać trenera Kościuka. A co do uderzeń i kopnięć, to do tej pory jestem wielkim fanem sportów walki. Swoją drogą dziś w nocy dobra walka się szykuje.

Jędrzejczyk czy Kowalkiewicz?

– Przede wszystkim jestem dumny, że to dwie Polki staną do walki o tytuł i to jeszcze w mekce sportów walki czyli Madison Square Garden i jaki by nie był wynik to będę zadowolony, ale wydaje mi się, że jednak Joanna zachowa pas.

Ale tobie chyba na parkiecie nie przydarzyło się łączyć obu profesji czy masz jakieś „nokauty” na koncie (śmiech)?

– Wydaje mi się, że nie… Na parkiecie staram się skupić na grze, a nie na sędziach, przeciwniku czy czymkolwiek innym. Kilka lat już gram w kosza i wydaje mi się, że na przestrzeni lat dostałem tylko dwa „daszki”. Chyba całkiem nieźle?

Za długo we Wrocławiu jednak nie zabawiłeś. Wpadłeś w oko Prokomowi zgadza się?

– Dokładnie tak. Po gimnazjum zgłosił się po mnie Prokom, a to były czasy kiedy drużyna z Trójmiasta była wielką marką. Nie ukrywam, że możliwość przyglądania się z trybun gościom pokroju Gurovicia czy Besta to było wielkie przeżycie.

Kiedy sięga po ciebie taka marka jak Prokom, to może pojawić się „sodówka”. Bo to wtedy był zupełnie inny koszykarski świat.

– Nie myślałem o tym w ten sposób. Miałem możliwość gry w EYBL-ach, całe zaplecze było do naszej dyspozycji więc były stworzone wszystkie warunki żeby podnosić tam swoje umiejętności. Z perspektywy czasu uważam jednak, że po mistrzostwie Polski juniorów wydawało nam się, że nikt nas nie pokona, a życie szybko zweryfikowało taki tok myślenia…

Zaczęliście „gwiazdorzyć”?

– Może „gwiazdorzyć” to niewłaściwe słowo… Staliśmy się zarozumiali, a sport tego nie lubi. Pewność siebie jak najbardziej, ale nam się chyba wtedy wydawało, że drużyny przeciwne już przed meczem przegrywały. Byliśmy młodzi i głupi, ale człowiek uczy się na błędach.

A to nie było tak, że marka Prokomu „pomagała” tak myśleć? Nie czuliście, że jesteście częścią ówczesnej potęgi?

– W pewnym sensie tak, bo mieliśmy wszystko co było nam potrzebne, a nawet więcej. Z perspektywy czasu nic nie uprawnia jednak do takiego myślenia. Mogliśmy skupić się na sobie i udowodnić swoja wartość.

398140_199650220176465_701429017_n

Towarzystwo chyba miałeś całkiem niezłe?

– O tak. Było kilku graczy z wielkim potencjałem… Romek Szymański, Piotrek Wojdyr, Pawel Budziński, który moim zdaniem miał papiery na naprawdę wielkie granie. W starszych rocznikach byli Waca, Śmigielski, Kostrzewski, Krajniewski, Załucki. Całkiem fajna ekipa.

Wasz rocznik szybciej zaczął wizualizować marzenia niż je spełniać?

– Chyba tak. Myślę, że na kształt tego wszystkiego miało wpływ rozdzielenie się klubów, które wprowadziło wiele zamieszania, ale główną przyczyną były nasze głowy, a raczej ich brak.

No właśnie zamiast tych ścigania tych wielkich marzeń zaczęło się granie po rezerwach. To był pierwszy sygnał ostrzegawczy, że niekoniecznie musi być jakbyście tego chcieli?

– Trafiłem na czasy kiedy trenerem w Treflu był Karlis Muiznieks i raczej niechętnie korzystał z nas, młodych. Czasami kogoś wziął na trening, ale raczej nie wykazywał większego zainteresowania. Widocznie jego zdaniem nie mieliśmy odpowiednich umiejętności i miał do prawo do takiego myślenia. Odpowiadał za wyniki drużyny i z tego był rozliczany i ja to rozumiem.

Byliście mięsem treningowym czy po prostu odstawaliście umiejętnościami od graczy pierwszego zespołu?

– I to, i to… Niestety.

Mimo wszystko udało się trafić do I ligi do Szczecina.

– Tak. Chociaż pierwsza część sezonu tam była wielkim nieporozumieniem. Dopiero po zmianie trenera dostałem szanse gry, ale mam też wiele pretensji do siebie za ten czas. Przede wszystkim bylem jakieś 15 kilogramów cięższy, wiec o jakiejkolwiek mobilności nie było mowy. Bazowałem na swoim koszykarskim IQ, a i to czasami było za mało.

No właśnie ja pamiętam Rafała Malitkę w wersji nieco „misiowatej”.

– Nieco? Nieco to jest bardzo lekko powiedziane (śmiech). Kiedy wróciłem do Gimbasketu powiedziałem sobie, albo wracasz i coś sobą prezentujesz, albo daj sobie spokój – wybrałem to pierwsze.

Po drodze był jeszcze Pruszków i kolejne epizody w I lidze. Co siedziało w głowie chłopaka który marzył w o medalach mistrzowskich w Prokomie, a musiał grać ogony na zapleczu ekstraklasy?

– Nie ukrywam, że bylem już wtedy zrezygnowany i dlatego w końcu powiedziałem stop. Basket przestał mnie cieszyć. Ale to była moja tylko i wyłącznie moja wina. Nie dbałem o siebie, byłem swoją wersją maxi (śmiech). W Pruszkowie spotkałem trenera Spychałę i on chciał dla mnie jak najlepiej, ale niestety moja mobilność była zerowa, a poza tym po graniu ogonów przestałem podejmować ryzyko. Jak już wychodziłem na parkiet, to byłem po prostu „bezjajeczny”.

Jak wyglądał ówczesny jadłospis Malitki?

– Wszystko robiłem nie tak i fast foody były na porządku dziennym. Teraz to się zmieniło. Naprawdę nie potrzeba wiele do takiej przemiany.

Jak to możliwe, że mając 22 lata czułeś się graczem wypalonym?

– Właśnie przez to, że miałem inne oczekiwania, inne ambicje na początku mojej przygody z koszem i trochę mnie to przerosło.

Sprawiałeś problemy pozaboiskowe?

– Wydaje mi się, że nie, ale o to trzeba by było zapytać ludzi z którymi współpracowałem (śmiech).

Z kolei Łowicz miał być miejscem, w którym odżyjesz, a po 22 meczach w Księżaku nastąpił koszykarski zgon Rafała Malitki.

– Niestety tak to wyglądało. Ale nie ukrywajmy… Grałem w 2 lidze i dawałem po 5 oczek! Śmiech na sali. Trzeba było podjąć męską decyzję i tak zrobiłem.

Co sobie wtedy pomyślałeś?

– Byłem lekko podłamany, ale wiedziałem, że jest też życie bez koszykówki. Podjąłem pracę i jakoś leciało.

Nie wierzę, że nie tliła się w głowie myśl żeby jednak spróbować po raz kolejny.

– Muszę przyznać, że przez dłuższy czas nie. Nie mogłem patrzeć na piłkę do kosza. Nie grałem nawet z kumplami na podwórku. Ziarno niepewności zasiał mi w głowie gdzieś w okolicach stycznia trener Kościuk. Spotkaliśmy się w sklepie narciarskim.

Czyli z koszykarza stałeś się narciarzem (śmiech)?

– (śmiech) Byłem w tym sklepie tylko dla towarzystwa. Podejrzewam, że jestem najgorszym narciarzem w Unii Europejskiej. Nieoficjalny tytuł mam na bank!

To już przyznałeś się, że w tamtym okresie byłeś najgorszym koszykarzem i narciarzem. A znajdzie się coś, co ci wtedy wychodziło (śmiech)?

– Nieźle śpiewam (śmiech). Zapytaj mojej dziewczyny… Swoją drogą wielkie pozdrowienia dla Czubaki!

Wiesz, że to byłaby historia na książkę gdybyś z nieźle zapowiadającego się koszykarza został piosenkarzem?

– Bestseller! Sam bym ją kupił (śmiech).

Dobra odkładamy śpiewanie na bok. Jaka była pierwsza reakcja trenera Kościuka jak zobaczył cię w tym sklepie?

– Z tego co pamiętam, to był zdziwiony, ale i zadowolony. Chwilę porozmawialiśmy i od tego czasu byliśmy w kontakcie.

Wtedy zapaliła się zielona lampka żeby spróbować od nowa tam gdzie to wszystko się zaczęło?

– Wtedy jeszcze w ogóle o tym nie myślałem. Musiało upłynąć dużo wody w Nilu zanim ta lampka zaczęła się palić. Tak naprawdę to determinacja trenera Kościuka i to jak mu na mnie zależało, sprawiła, że się w ogóle zapaliła.

Czym cię przekonał?

– Tym, że może jednak nie pokazałem wszystkiego. Tym, ze stać mnie na więcej. Tym, że zapewnił mi wszystko, żebym mógł wrócić do formy. Wiedziałem, że jest trenerem, dla którego praca indywidualna jest bardzo ważna, a poza tym to mój klub od zawsze, moje miasto. Dobrze jest tu grać.

A co zrobiłeś z nadbagażem kilogramów?

– Powiedzmy, że został na bieżni i siłowni w LO numer 2.

Zeszły sezon już pokazał, że możesz, ale w tym jesteś podkoszową bestią. Malitka wersja 2.0 z klimą, ABS-em i automatyczną skrzynią biegów (śmiech).

– Jestem przekonany, że to nie wszystko na co mnie stać i mam jeszcze rezerwy. Wierzę w siebie, pracę jaką wykonujemy i wiem, że będzie dobrze. A i muszę przyznać, że dzięki tobie mam nową ksywę – Pronto (śmiech). Także zapraszam do mnie na wycieranie kurzu, bo po wcześniejszym artykule mam na to monopol w domu!

Mam wrażenie, że odżyłeś przede wszystkim psychicznie.

– Bawię się grą. Cieszy mnie to i sprawia mi przyjemność. Poza tym mam wspaniałych kibiców, ktorzy mnie wspierają i dopingują stąd pozdrowienia dla mojej dziewczyny i znajomych. Mam wokół siebie super ludzi i robię to co lubię. Czego chcieć więcej? Chyba tylko ekstraklasy (śmiech).

Ekstraklasa? Czyżby znów włączył się tryb z „Prokomu”? Panie Malitka tu ziemia (śmiech).

– Każdy ma jakieś marzenia. Moim jest gra w ekstraklasie i do tego będę dążył. Ktos może to uznać za śmieszne, ale ja ciężką pracą w końcu to osiągnę.

Jeżeli się nie uda to ok, ale nie chcę mieć do siebie kiedyś pretensji, że nie próbowałem.

Zgodzisz się, że zaczynasz koszykarskie życie po życiu?

– W stu procentach. Wiem, że to znów powtarzam, ale gdyby nie trener Kościuk, to pewnie dalej bym spiewał (śmiech). Tak poważnie to mnóstwo mu zawdzięczam. Wyciągnął do mnie rękę kiedy już nikt nie wierzył. To jest naprawdę wielki facet. Zacytuj to.

Jak już tak wracamy w klimaty muzyki, to który gatunek wychodzi ci najlepiej?

– Każdy! Mogę rapować, śpiewać, ale i opera nie jest mi obca – ludzie z Pruszkowa wiedzą o czym mówię (śmiech).

Człowiek renesansu?

– Dokładnie tak!

Ale chyba musisz się też zgodzić ze stwierdzeniem, że w 2 lidze koszykarzem jest się na pół etatu?

– Nie wiem jak to wygląda w innych klubach 2 ligi, ale w Gimbaskecie nie ma czegoś takiego. Tu musisz być koszykarzem na cały etat. Oczywiście zajmuje się też czymś innym, bo jestem trenerem dzieciaków, ale osobiście podchodzę do tego bardzo poważnie i jestem przekonany, że moi koledzy z drużyny również.

Koszykarz, piosenkarz, trener – czekam na kolejne asy z rękawa.

– Piosenkarz tylko hobbystycznie (śmiech).

I w sumie psycholog, bo doświadczeń masz już całkiem sporo.

– Myślę, że tak. Staram się przekazywać te doświadczenia młodszym kolegom z zespołu, czy też dzieciakom. Bo człowiek uczy się na błędach, a na swoich najlepiej.

Wiesz, że niewielu potrafiłoby o tym swobodnie gadać, a co dopiero przyznać się do tych błędów?

– Nie uważam, że to coś złego. Mam 25 lat i mam mówić, że wszystko w przeszłości wszystko było ok? Ktoś to przeczyta i pomyśli: „Było dobrze, a gość grał ogony”. Mam sobie wiele do zarzucenia, ale tak jak wspominałeś zacząłem swoje koszykarskie życie po życiu i tego się trzymam.

Mam dla ciebie złą informację, bo Kuczyński z Tura pobił twój rekord punktowy obecnego sezonu i rzucił 44 oczka. Podejmujesz wyzwanie?

– Nie nastawiam się na takie rywalizacje. Gram dla zespołu i robię to co jest potrzebne do zwycięstwa. Jeśli przyjdzie taki mecz, że najbardziej będą potrzebne moje punkty, to kto wie. Wszystko jest możliwe. W każdym razie niech Łukasz wie, że nie może spać spokojnie (śmiech).

Telefon z klubów I ligi jeszcze nie dzwoni czy nie odbierasz nieznanych (śmiech)?

– Telefony z klubów I ligi były już przed sezonem i w trakcie też coś było, ale ten rok spędzam w Gimbaskecie i na tym się skupiam! No chyba, że zadzwoni Pat Riley, to wtedy będę musiał to przedyskutować z trenerem Kościukiem (śmiech).

To jeszcze nie dzwonił? Sprawdziłeś dobrze ostatnie połączenia?

– Sam się dziwię.. Przecież miejsce Bosha jest wolne (śmiech).

Ale może za to Robert Janowski zadzwoni i zaprosi do programu „Jaka to melodia” (śmiech)?

– Byłbym bez szans niestety! Oglądałem kiedyś odcinek, w którym facet w finale potrzebował bodajże 4 sekund żeby odgadnąć wszystkie piosenki! Artysta w swoim fachu (śmiech). Ja mógłbym ewentualnie śpiewać pomiędzy rundami (śmiech).

Czujesz dystans nie tylko na parkiecie.

– Oj tak. Lubię się śmiać, żartować i rozładowywać napięcie, bo niby po co chodzić i smęcić? Bez sensu!

To może na koniec jakaś złota rada dla czytelników na zimny sobotni wieczór?

– Nigdy nie jest za późno, żeby gonić swoje marzenia. Brzmi to trochę pompatycznie, ale ja w to mocno wierzę!

Komentarze

Mateusz Zborowski

Obserwuj @MatZborowski